czwartek, 28 stycznia 2016

NIE BĘDZIE MI KOT PO STOLE CHODZIĆ! DEVON MOŻE... nawet w domu z bokserami - czyli jak wprowadzić kota do stada psów.

Typowo psi dom, w którym boksery rządzą od lat poczuł jakiś czas temu wewnętrzną potrzebę wsłuchiwania się w odgłos mruczenia. Teoretycznie mając psy ze spłaszczoną mordką i psychiką wiecznego szczeniaka-kosmity, miałyśmy to zagwarantowane, jednak brakowało czegoś więcej. Jakiejś cząstki układanki. Oczywiście, oburzałyśmy się widząc gdzieś kota łażącego po stole/blacie/szafie i cholera wie czym jeszcze i kwitowałyśmy to słowami "w życiu bym nie pozwoliła...". Poniekąd wynikało to z wewnętrznego buntu, gdyż zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że psie królowe nie tolerują niczego co kocie. Nienawiść na widok domowej pantery kipiała i w postaci piany lała się z mordy, która chwaliła się uzębieniem. A marzenia cichutko rosły i rosły. Zdjęcia upragnionego łysola wyskakiwały zewsząd. Ba, one nas nachodziły, dosłownie. Kiedy kolejny sfinks (bo wtedy na takiego kociaka polowałyśmy) uciekł nam sprzed nosa ocierałyśmy łzy i tłumaczyłyśmy sobie, że widocznie tak być musi. Dzwoniący domofon niosący dobrą nowinę jednak nie pozwolił odpuszczać. Całkiem niedaleko był ktoś, kto pragnął naszej miłości chyba tak mocno, jak my jego. Jeśli przeznaczenie istnieje, to tym razem wzięło nas w ramiona. W domu w którym rządzą antykocie psy zjawił się Devon Rex i... przejął królestwo. A teraz po kolei... 


Psy nie były przygotowane. My zresztą też nie. Nie znałyśmy dnia ani godziny. Nie widziałyśmy zdjęcia (dopiero pod koniec oczekiwania). Wiedziałyśmy jedynie, że to czekoladowy, łysy devonek w wieku 4 miesięcy. No dobra, wiedziałyśmy jeszcze, że nasze "anioły w psiej skórze" dostają diabelskich rogów na widok kota na swoim terytorium (o dziwo koty w lecznicy nadawały się do lizania). Czekałyśmy jak na szpilkach, koczowałyśmy pod domofonem z telefonem w ręku, wyglądałyśmy przez okna i przygotowywałyśmy wyprawkę dokształcając się w międzyczasie. Przypominało to oczekiwanie na upragnione dziecko. Boksery to czuły i obserwowały nas z wyrazem mordki, który można odebrać jako swoiste "popieprzyło was?". No, miały rację. Miałyśmy nierówno pod sufitem, ale to było jeszcze nic. 16 kwietnia 2015 roku oszalałyśmy do reszty.
Znów zadzwonił domofon i wszedł (na rękach "Babci KokeShi") nasz nowy domownik w sweterku.
Małe, chude cudo wtuliło się niemalże od razu. Pierwsze chwile spędził w ramionach swojej nowej rodziny. Dzikusek (bo szaleństwa mu w główce) dostał dumne imię Feral. Na czas zwiedzania nowego domu i obwąchiwania każdego kąta nastąpiła separacja z psami. Kot miał swój sektor w którym mógł czuć się królem, a psy miały resztę. Dwa obozy przedzielone zamkniętymi drzwiami.

PIERWSZY KONTAKT
Nastąpił pierwszego dnia, po paru godzinach separacji. Feral leżał wygodnie w ramionach, boksery w szeleczkach były na smyczach. Ufałyśmy im, ale pewności nie było, więc potrzebowałyśmy zabezpieczenia. Radzono nam różnie - jedni mówili, żeby przez pierwsze dni (a nawet tygodnie) nie pokazywać ich sobie, inni proponowali klatkę kennelkę, jeszcze inni mówili, żeby w życiu kota na rękach nie trzymać. Zadziałał jednak instynkt i to się sprawdziło świetnie.
Reasumując - pierwszy kontakt: ogromne zaciekawienie i podniecenie, merdanie, napieranie na kota (ale przyjacielsko), lekkie syknięcie Ferala i siarczysty prawy sierpowy... w mordę starszej Bokserki (czyli niecały 1kg pokonał 25kg żywych mięśni).
Zapoznanie trwało może 10 minut po czym nastąpiła separacja. Po jakichś 3 godzinach kolejne 10 minut kontaktu.
Pierwszą noc spędził w ramionach... mrucząc i przesypiając grzecznie do godziny 5:30 kiedy dostał małpiego rozumu i dość... subtelnie domagał się jedzenia.







Z dnia na dzień wydłużałyśmy im wspólne chwile wciąż zachowując ten sam system:
kot na rękach, ale nie NAD psami, boksery na smyczach (w szelkach). Każdy psi spacer wykorzystywałyśmy do tego, by Ferala wypuszczać na psi teren, łącznie z ich legowiskiem, aby zostawił swój zapach, Łaził, spacerował z zaciekawieniem, obwąchiwał, ocierał się, ale type psie sektory omijał.

Po paru dniach system uległ zmianie. Zrezygnowałyśmy z zabezpieczenia w postaci smyczy. Dziewczyny latały przy Feralku, który wciąż był na rękach. Po kolejnych dniach i to "zabezpieczenie" zdjęłyśmy. Cała trójka była "wolna". Ich kontakt ograniczał się do pomieszczenia w którym Devon znał wszystkie kąty i wiedział gdzie w razie czego może zwiać. W tym pokoju zdecydowanie miał gdzie się wspinać, co wykorzystywał. Chwilami wyglądało to tak, że kot patrzył z góry na psy, który siedziały obok siebie wpatrzone w małe, ruchliwe zwierzątko.
Kiedy Feral spał w naszych ramionach dziewczynki trzymały obok niego mordki. Obserwowały go i z namaszczeniem lizały uszka. Szczególnie interesowało je kiedy Malutki zaczynał mruczeć i ugniatać swoje "podłoże". To było po niecałych dwóch tygodniach.

Po 6 tygodniach systematycznego dbania o kontakty kocio-psie wiedziałyśmy, że możemy ufać całej trójce (no, może Feralowi najmniej, bo skubany ani odrobinkę respektu nie czuł i okładał psy po mordkach) poszłyśmy na żywioł. Cała trójka wypuszczona była na całe mieszkanie. Chodzili przy sobie. Ewentualnie bawili się w berka. Wyglądało to tak, jakby Saba i Missi oprowadzały Ferala po jego nowym domu.

Po 8 tygodniach nie było już żadnej separacji. Drzwi do kociego królestwa zamykały się jedynie na czas karmienia psów i naszego jedzenia - nie chciałyśmy ryzykować takimi bodźcami. Feralek jadł przy bokserkach z tym, że jego stanowisko było (zresztą jest nadal) na pewnej wysokości.








Nie minęły 3 miesiące kiedy całe stado spało razem, wtulone, mrucząco-chrapiące.

Za nami już 9 miesięcy od dnia, kiedy w naszym psim domu pojawił się kot. Dziś nie umiemy zrozumieć, jak mogłyśmy żyć bez tego mruczenia i specyficznego dyskutowania. Dziś, nie możemy pojąć jak żyły nasze dziewczyny bez swojego przyjaciela. Dziś Feral kładzie się na nich, ugniata ich ciałka, mruczy i to on im liże uszy (one zresztą też wciąż to robią). Dziś cała trójka tarza się na plecach. Trzech muszkieterów bawi się całymi dniami (i nocami, co dziwić nie powinno). Dyskutują, okładają się po pyskach, tworząc ring ze wszystkiego. Dziś uczą się od siebie. Dochodzi do tego, że Feral udaje, że szczeka na listonosza. Uwierzcie, że na żywo brzmi to jeszcze dziwniej. Spiskują, tworzą koalicję i królują razem. Przede wszystkim bardzo się kochają.

Co się zmieniło? Mówimy teraz, "w życiu nie pozwoliłabym aby kot chodził po stole, ale to jest devon, a nie kot". Dzikus chodzi więc gdzie mu się podoba, zaliczając szafki, szuflady, wannę i garderobę. Dziś nie wiszą ją sznurkowe firanki bo, przypominały konfetti. Dziś antykocie psy kochają kota i mogłyby zabić nie jego, a za niego. Dziś w łóżku śpi całe stado. Dziś... nasz łysol ma kępki futra ułożone na zamszowym ciałku. Dziś... układanka prawie jest złożona. Dziś... mamy o 3,5 kg Miłości więcej. Dziś wiemy, że równowaga w przyrodzie to dwa psy i... dwa koty.



Każdemu z osobna polecamy połączenie pies+kot, szczególnie bokser+devon. Nie należy się bać i rezygnować z kociego towarzystwa. Wystarczy ciężka, ale przyjemna praca, konsekwencja i zaufanie. Nie możemy się bać. Mamy być (przez tą chwilę) przywódcą stada.

Jeśli nie wiecie jak wprowadzić kociaka i/lub macie jakieś pytania to zapraszamy do kontaktu.

5 komentarzy:

  1. Czytałam ze łzami w oczach, przypomniało mi się to jak sama kiedyś miałam kota i bokserkę i ile radości było z patrzenia na to jak bardzo się kochają. Nie wspominając już o ich wspólnych rozróbach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 Dobrze, że tych pięknych wspomnień nikt nam nie odbierze!!!

      Usuń
  2. U nas poszło bezboleśnie bo moja sunia kocha wszystko i wszystkich. kota też pokochała od pierwszego wejrzenia, nawet instynkt macierzyński jej się włączył i małą kotkę nosiła jak szczeniaki. Teraz razem śpia, razem jedzą i razem się bawią :)

    OdpowiedzUsuń
  3. każdy kot łazi gdzie mu się chce, tylko niektóre robią to wtedy, kiedy niewolnik nie patrzy ;))))

    OdpowiedzUsuń
  4. My mamy psa i 2 koty. To koty miały większy problem żeby siebie zaakceptować na wzajem niż psa. :) Kocio boski! Cała ferajna boska, no!

    OdpowiedzUsuń

Twoje zdanie jest mile widziane.
Pozdrawiamy,