środa, 24 maja 2017

Fundacja SOS Bokserom - życie w siedzibie. Piekło w raju.



Jeden, dwa, pięć, dziesięć, dwadzieścia psów. Raj na ziemi. Tyle miłości, tyle szczęścia. Na zdjęciach wszystkie zgodnie śpią razem, ewentualnie siedzą obok siebie i wpatrują się w człowieka.
"Fajnie macie w tej siedzibie Fundacji! Zazdroszczę." - słyszymy i przyznajemy rację, bo przecież tyle psów, to dwadzieścia razy więcej przyjemności. Cudownie jest mieć takie stado. Na zdjęciach nie widać jednak ani obowiązków, ani reszty emocji. Każdy skupia się na uśmiechniętych mordkach. Nikt nie zauważa ludzkiego strachu i zmęczenia. Nikt nie widzi tego, jak wygląda każdy dzień w siedzibie. Dzień i noc, bo przecież i w nocy psy chorują i potrzebują uwagi, troski. Każdy zapomina o tym, że siedziba SOS to też dom ludzi, nie tylko psów. Każdy zapomina, że codzienne poświęcenie swojego życia to wolontariat, a nie praca zarobkowa. Jak więc to wygląda naprawdę?
Zawsze kiedy jadę na Mrówczą niesamowicie się cieszę i doczekać się nie mogę tego, by wygłaskać stado. Tylko o tym myślę, do czasu, kiedy wejdę do środka. Za drzwiami robi mi się zwyczajnie głupio i przykro. Widzę koło dwudziestu psów. Zadbanych, szczęśliwych, odkarmionych. Tych, które chwilę wcześniej przypominało żywe szkielety bojące się ludzi. Część z nich wita mnie od progu, część czeka kawałek dalej, więc idę do nich slalomem, mijając ułożone w piramidkę worki karmy. Różne worki. Jedyne co je łączy, to to, że są ogromne, ciężkie i sporo kosztują.
- Uważaj! - Słyszę, bo właśnie pod moimi stopami znajduje się kałuża, w którą niezbyt przyjemnie byłoby wdepnąć. - Staruszek nie zdążył wyjść przed dom. Muszę wytrzeć podłogę.
Cóż, zdarza się. W siedzibie średnio co godzinę, wszak psów jest sporo, niektóre nie trzymają moczu bo są chore, inne dlatego, że są zwyczajnie stare, jeszcze inne dlatego, że niedawno trafiły do Fundacji i okazało się, że jeszcze nie nauczyły się czystości.
Nikt o tym cyklicznym schylaniu się, wycieraniu, zmywaniu i odkażaniu nie myśli.


Robimy kawę. Żeby ją wypić musimy poprzesuwać fundacyjne sterty papierów, dokumentów, leków, przedmiotów na bazarek. Wciskamy się pomiędzy psie legowiska, których wszędzie jest mnóstwo i... okazuje się, że kolejny raz trzeba wytrzeć podłogę. Później trzeba sprawdzić dlaczego któryś pies szczeka. Kawa stygnie. Kawa jest zimna.

Spacer. Czysta przyjemność. Wystarczy przecież wypuścić stado do ogrodu i patrzeć jak dwadzieścia psów bawi się ze sobą. Jak szaleją, biegają i wariują z piłką. Utopijna wizja nie ma jednak odzwierciedlenia w rzeczywistości. Psy wychodzą grupkami. Łączone tak, żeby na zewnątrz nie było żadnego zgrzytu. Tak, żeby móc mieć każdego na oku. Żeby nie poleciały tam, gdzie lecieć nie powinny. Żeby każdy z nich zrobił to, po co wyszedł.
- Widzisz jak stawia łapki? - Słyszę. - Dobra, te zabieramy do domu i wypuszczamy górę.
Nie muszę chyba wspominać, że niektóre pieski nie za bardzo mają ochotę słuchać, bo nie są nauczone komend a jeszcze inne są głuche, więc zaprowadzenie ich do domu to wyzwanie.
Na zewnątrz wychodzi kolejna "partia".
- Patrz, jak się bawią, a ja idę sprawdzić, czy żaden nie nasikał.
- I co?
- No, i mam sprzątanie.
- Znowu.



Karmienie. Ustalone pory, ustalone porcje. Każdy je coś innego. Trzeba to zapamiętać. Trzeba namoczyć i przygotować. Nie można się pomylić. Dwadzieścia misek stoi w kuchni. Dookoła leżą różne rodzaje karm.
- Co dla kogo? - pytam.
- To dla Laruni, to dla Diunki, to dla Misi...
- A gdzie jakaś ściągawka, żeby się nie pogubić?
- W głowie.
- No tak.
- Dobra, to ja zrobię kolację dla nas.
Kolacja czeka. W siedzibie nie ma czasu, żeby człowiek usiadł i zjadł.
- Cholera.
- Co?
- Znowu mam sprzątanie, a przecież przed momentem wszystkie były wyprowadzone.




Karmę intestinal jedzą: Ogi, Fifi, Diuna, pudel Bambo, Basia
Karmę hypoallergenic Royal: Misia
Karmę Hypoallergenic Royal light: Blackie
Karmę Hill's j/d na stawy: Kukułka
Karmę Hill's jagnięcina z ryżem: Fido i Lara, Kiler


Leki. Stoją wszędzie, ułożone tak, żeby nie spadły, nie rozsypały się, nie dostały się w mordkę psa. Trzeba pamiętać o godzinie podania. Nie można zapomnieć o dawce czy sposobie podania.
- Muszę jeszcze podać te na stawy.

Lara leki: krople Trusopt na ciśnienie, krople Difadol, krople Floxal i żel nawilżający oczy
Pudel Bambo: krople Maxitrol i krople nawilżające Noka
Kukułka: lek przeciwbólowy i przeciw zapalny Previcox, osłonowo na watrobę Esseliv i witaminy
Ogi: Heparegen na watrobę, Metoclopramid i Previcox przeciw zapalnie i przeciw bólowe
Fido: 2x dziennie Euthyrox i osłonowo na watrobę Esseliv
Fifi: 2x dziennie Euthyrox, osłonowo Heparegen na wątrobę i Previcox przeciw zapalnie i przeciw bólowe
Diuna: Previcox przeciw zapalnie i przeciw bólowe, osłonowo na wątrobę Heparegen, 2 x dziennie Metoclopramid
Misia kąpana w specjalnym szamponie, suplementy na skórę i sierść, Euthyrox na tarczycę

Telefon. Dzwoni non-stop. Właściwie nie przestaje. I nie jest łaskawy przestać na czas karmienia, podawania leków, wyprowadzania czy ścierania podłogi.
- Mamy kolejne zgłoszenie. Kobieta dzwoni, płacze, prosi o pomoc.
- I co robimy?
- Nie wiem.
- Gdzie ją damy?
- Nie mam pojęcia. Nie mamy domów tymczasowych już.

Dzwoni kolejny.
- Pies w schronisku. Szybko potrzebna pomoc.
I kolejny. Tym razem z lecznicy. Słyszę tylko "dobra, już jadę.". Znów nie ma czasu na herbatę, że o jedzeniu czy zwykłej rozmowie nie wspomnę.


Lecznica. Śmiało można ją (a w zasadzie je) nazwać drugim domem. Spędza się tam bardzo dużo czasu. Trzeba się martwić, bać, podejmować ważne decyzje i trzeba płacić. Trzeba zawozić, odwozić, tłumaczyć, pytać i jeszcze robić zdjęcia, żeby były do relacji.
- Musimy sprawdzić, czy to nie jest mastocytoma. I jeszcze tamte guzki sprawdzimy.
- Dobrze.
- To jeszcze zrobimy szczepienia, trzeba podawać takie krople, podamy ten lek, on jest drogi, ale...
- Tak, oczywiście.

Nie ma pytania o koszta. Nie ma przeliczania. Jest robienie wszystkiego tak, żeby psy były zdrowe.
Przed wyjściem słyszę jeszcze ile wyląduje na fakturze. Nie wiem, co mam powiedzieć.


Wieczorem siedzimy z psami na podłodze. Głaszczemy je i piszemy pisma. Robimy stronę. Najpierw obramiamy zdjęcia, bo trzeba je odpowiednio przyciąć, wrzucić na serwer. Najpierw trzeba je zrobić lub - co gorsza - poprosić kogoś o wykonanie fotografii, a ludzie wcale chętni nie są.
- Tylko proszę, aparatem, nie telefonem, bo musimy mieć psa na zdjęciu, a nie plamę.
Robienie zdjęć psom to czysta przyjemność, prawda? Też tak uważam, ale nie każdy tak myśli. Niektórzy robią wielką łaskę, że pstrykną parę razy telefonem, bo aparat jest "za ciężki".

Kolejne spacery, znów karmienie, znów leki. Kolejne kałuże i inne "niespodzianki". Psy leżą na plecach. Wtulają główki. Telefon dzwoni, herbata stygnie, zdjęcia ładują się na stronę. Trzeba przeczytać ankiety, napisać umowy, przygotować zrzeczenie.
- Wiesz, to i tak był dobry dzień. Na szczęście z żadnym psem nie musiałyśmy dziś jechać nagle do lecznicy.
- No tak.
- To jest najgorsze. Wtedy wszystko jest sparaliżowane. Wiesz, karmienie, wyprowadzanie...
- No, a czas ucieka. Trzeba do lecznicy szybko.
- Dokładnie.


Obowiązki się piętrzą, jak ta karma, która zalega w salonie. W byłym salonie powinnam powiedzieć, bo teraz moje ukochane pomieszczenie, którym zachwyciłam się pierwszy raz w 2012 roku przypomina magazyn. Szczerze mówiąc, to jest smutne. Mnie to boli, gdy na to patrzę. Jeszcze bardziej wtedy, gdy słyszę: "no wiesz, zaprosiłabym was do salonu, ale... jakby już go nie mam".


W nocy siedzimy na schodach. Stado już śpi. Nakarmione, odsikane, szczęśliwe i bezpieczne. Diunka, przez niektórych ludzi nazywana "pomyłką" leży na plecach. Pokazuje swoje krzywe ząbki. Zuzia śpi mi na kolanach. Obok chrapie buldożek.
- Strasznie się boję.
- Wiem.
- Boję się, że czas leci, że one się starzeją, że znów przeżyjemy rozstania.
- Wiem...
- A czasem... Czasem przecież umierają nam dzieci. Wiesz, Lili... ona wtedy... Wiesz, że ona mi się śniła? Odbierałam ją z lecznicy. Nie żyła. Nagle podeszła do mnie, ale wyglądała tak inaczej, tak źle. Była taka osowiała, smutna, sierść miała taką... No wiesz. I mówię do weterynarza, że ona żyje, że podeszła, a ten mi mówi, że niemożliwe. Wziął ją na stół, zaczął badać, sprawdzać i mówi mi, że cud. A potem... potem się obudziłam, ale ona już nie.

Milczymy, bo co tu powiedzieć. Można tylko płakać.


W Fundacji mamy raj.
Siedziba to takie wspaniałe miejsce, prawda?
To wszystko, to wolontariat, wykonywany z pasji, miłości, "powołania".
Do tego trzeba jeszcze pracować. I siedząc przy komputerze mieć wyrzuty sumienia, że nie jest się przy psach. Trzeba płacić prąd, gaz, wodę. Na to wszystko trzeba zarobić. Na leczenie i na karmy również. Na operacje, za które liczy się w tysiącach. Trzeba pozbierać "niespodzianki" w ogrodzie i znieść ludzką nienawiść, która jest jeszcze większym gównem. Ludzką niesprawiedliwość.
"Na tej Fundacji to nieźle się zarabia" - Słyszymy.
Tak, tyle smutku, żalu i bólu ile mamy na koncie sprawia, że jesteśmy bogatsze o doświadczenia. Nasz zarobek to szczęśliwy pies. Jeden, drugi, piąty, dwudziesty... I kolejne.


W imieniu wszystkich tych psów fundacyjnych proszę o wsparcie.
Na diagnostykę, na leczenie, na operacje, na tą nieszczęsną karmę.
Pomóżcie nam pomagać.

Fundacja "SOS Bokserom",
ul. Mrówcza 77a, 04-857 Warszawa
nr konta: 06 1500 1012 1210 1015 2421 0000
z dopiskiem "MAJ"

1 komentarz:

  1. Kocham Was dziewczyny :-*
    Ilość kup po trzech psach w ogródku ledwo ogarniam, większa ilość to już "level expert" :-)
    O lekach i karmie już nie wspomnę. Szacun <3

    OdpowiedzUsuń

Twoje zdanie jest mile widziane.
Pozdrawiamy,