piątek, 22 maja 2015

ŚMIERĆ... WEJDŹ, ROZGOŚĆ SIĘ. ZAPRASZAM...

Stała pod drzwiami od początku. Wiedziałyśmy o tym od dawna. W sumie zaakceptowałyśmy jej obecność ale z całych sił oddzielałyśmy się od niej zastawiając drzwi. Siedziałyśmy pod nimi i zatykałyśmy uszy by nie słyszeć jak drapie, jak wbija te swoje pazerne pazury i domaga się tego, czego i my pragnęłyśmy. Łzy płynęły, szczególnie wtedy gdy czułyśmy, że powoli zaczyna brakować sił a nasze barykady puszczają. Chciałyśmy przeżyć choć rok. Jeden rok. Czy to tak wiele? Marzyłyśmy, że uda się odgrodzić od niej na dłużej... Zagłuszałyśmy ją głośnym śmiechem wywołanym każdą pierdołą. Chciałyśmy pokonać ją miłością, nadzieją i wiarą. Nie w Boga, bo Jego starałyśmy się do tego nie mieszać a w sprawiedliwość! Tak, tu chodziło o sprawiedliwość i jej brak, bo jak to możliwe by śmierć pragnęła dziecka i do niego miała prawa. Niewinnego, słodkiego dziecka, które powinno cieszyć się życiem... Obserwowałyśmy tą, którą sobie upatrzyła. Walczyłyśmy o nią, choć wciąż słyszałyśmy wołanie śmierci. Wiedziałyśmy, że nadejdzie dzień w którym naszej Malutkiej lepiej będzie w ramionach tej za drzwiami. Ani na moment nie ucichła ta świadomość. Dziś z krwawiącymi sercami (21.05.2015) otworzyłyśmy te cholerne drzwi, zaprosiłyśmy śmierć... Znów. Tym razem jednak odebrała nam znacznie więcej.



Znamy ją dobrze. Spotykamy się z nią regularnie. Niedługo pewnie pomyśli, że może z nami kawę pić, bo już tyle razy do nas przyszła. Obserwujemy ją. Walczymy z nią, ale i darzymy ją chorą przyjaźnią. To toksyczna relacja. Pozwalamy by odbierała nam tak wiele. By zabierała tego, kogo pokochamy a wraz z nim nadzieję, wiarę i reszty sprawiedliwości. W zamian rzuca nam cholerny ból, smutek, żal, nieprzespane noce i mokre poduszki. Dlaczego jej na to pozwalamy? Z miłości. Nie do niej a do tego na którego ona poluje. Walczymy z nią do upadłego. Zawsze. Gdy jednak nadejdzie TEN moment pozwalamy jej wejść, rozgościć się. W środku część nas wrzeszczy "szybko, zrób to i odejdź, otul ją, nie pozwól jej cierpieć, słyszysz"...................... a część tak bardzo chce, żeby ona jeszcze wyszła, sama, bez tej po którą przyszła...
Boże, jak ona rani. Boże, ile ona nam zabiera... Jak cholernie niemy krzyk powala nas przy niej na kolana. I wtedy widzimy te oczy... te oczy, które do końca świata będą przy nas. Te oczy, których ona nam nie zabierze.

21.05.2015 - od paru dni śmierć dobijała się głośniej niż na początku. Pragnęła naszej chorej, malutkiej Luny. Każde jej mocne uderzenie w drzwi przybliżało ją do naszej kruszynki. Luna czuła, że niebawem ta zza drzwi nas rozdzieli. Czuła chyba to co my - walkę. Tą najgorszą, tą wewnętrzną, to pomiędzy "chcę zostać" a "już nie mogę". Barykady odgrodziłyby nas jeszcze na trochę, ale patrząc na Lunę wiedziałyśmy, że nie możemy pozwolić na to, by Malutka jej pragnęła...
Luneńka dawała nam znaki... chciała się pożegnać i jak najbardziej uchronić teraz nas przed cierpieniem. Jej maleńkie, silne serduszko nie chciało już śnij w łóżku. Jej ciałeczko nie chciała już całą noc się tulić do człowieka i do ukochanego Woja. Luna wolała samotność... Wchodziła do psiej klatki by stopniowo przyzwyczajać nas do myśli, że jej nie będzie. Takich dowodów na zbliżające się rozstanie było więcej... Wiedziałyśmy, że pora złożyć rękawice, dać naszej wojowniczce odpocząć.
Tuląc nasz skarb uchyliłyśmy drzwi. Śmierć już nie musiała głośno się dobijać. Teraz słychać było jedynie pękanie naszych serc, łamanie się duszy. Choć decyzja była wspólna to ten definitywny, najtrudniejszy ruch znów przypadł na naszą przywódczynię. Najwierniejsza przyjaciółka i najdzielniejsza obrończyni Luny - (Germaine Chekerjian, prezes Fundacji SOS Bokserom) stanęła dziś twarzą w twarz ze śmiercią. Weszła do nas śmiertelnie zachłanna... śmierć. Jej paskudna twarz przypomniała nam o tych, po których już przyszła wcześniej. O Shakurze, o Spiku, o Levutku, o Miciusiu, o Hugusiu i o całej reszcie. A tych, których nam odebrała. Tym razem jednak zabiła i coś w nas. Umarła Luna a w raz z nią w każdej z nas umarło coś więcej... Nie umiemy tego opisać. Chyba nie chcemy...


Luna... Psi aniołek. Od dziś dosłownie. Jeden z najwspanialszych psów jakiego poznałyśmy. Kumulacja wszystkich marzeń. Cudo... Maleńka, krucha istotka, która tak wiele chłonęła z życia. Dzieciątko, które umiało dać światu tyle miłości i niewinności, że nie sposób to wyrazić słowami. Nasze fundacyjne dzieciątko. Ta, w której każda z nas odnalazła coś innego, coś niezwykłego. Ta, która łączyła w sobie cechy tych psów, które do tej pory najbardziej skradły nasze serca.
Wiecznie merdający ogonek... Złodziejka przysmaków ze stołu... Zawadiaka... Szaleniec... Radość... Nasze osobiste, pręgowane słoneczko, które drwiło z koszmarnej choroby i walczyło z nią. Każdy Jej ruch by niezgodą na niesprawiedliwość. Każda Jej szalona zabawa była odpowiedzią na wyrok śmierci, który padł już dawno temu. Cudo. Cudo takie, jakiego życzymy każdemu kto na nie zasłużył, choć mając to szczęście, że mogliśmy tego doświadczyć wiemy, że mało kto mógłby być taką osobą. Ona odeszła. Śmierć otuliła Ją, chwyciła w ramiona i odebrała. Wiemy, że od teraz to z nią lepiej będzie naszej Lunie...

"Prawdziwa miłość oznacza,że zależy ci na szczęściu drugiego człowieka bardziej niż na własnym, bez względu na to, przed jak bolesnymi wyborami stajesz."


LUNĘ ODEBRAŁA NAM WRODZONA NIEWYDOLNOŚĆ NEREK.
NASZ SKARB MIAŁ 22 MIESIĄCE. 
ZADBAŁYŚMY O TO, BY OTRZYMAŁA OD ŻYCIA JAK NAJWIĘCEJ MIŁOŚCI, RADOŚCI I CIEPŁA. STARAŁYŚMY SIĘ ZNIWELOWAĆ KAŻDY PRZEJAW CIERPIENIA. WALCZYŁYŚMY O NIĄ. ODDAŁYŚMY JĄ ŚMIERCI Z MIŁOŚCI. DO KOŃCA NASZYCH DNI NIE ZAPOMNIMY O NIEJ. DO KOŃCA, NIE PRZESTANIEMY JEJ KOCHAĆ, TAK JAK ONA NIE PRZESTAŁA KOCHAĆ NAS. ODESZŁA W MIŁOŚCI, W RAMIONACH PRZYJACIÓŁKI. ODESZŁA...

Zostały zdjęcia, wspomnienia i te zapiski: LUNA.
Zostały w głowie Jej odgłosy i okrzyki: "wiesz co Luna zrobiła?", "wiesz jak Ona szaleje?", "wiesz gdzie wylazła Luna?", "Wiesz w kim Luna się zakochała?", "...wiesz jaka Ona jest wspaniała"... 


...Zostały te oczy. Wierne, mądre, kochające. 
A za drzwiami cisza...



...Boże, jaka ta cisza jest bolesna.
...Boże, jaka ona... głośna...

16 komentarzy:

  1. Niestety - nerki to wyrok , sama doświadczyłam tej prawdy . Choroba nerek zabrała mi przed laty ukochanego psa , 2 lata temu Mamę , która wygrała z rakiem a przegrała z nerkami.... Mocno "kibicowałam" Lunie , ale wiedziałam, że to tylko kwestia czasu...... . Dobrze , że Luna nie trafiła do adopcji (choć swego czasu niektórzy wieszali za tą decyzję "gromy" na fundacji), Lunka byłą mimo swej choroby szczęśliwym psem , dobrze, ze nie pozwoliłyście jej cierpieć gdy przyszedł ten czas . Taka decyzja bardzo boli, boli do końca zycia , ale nerki TO WYROK , po raz kolejny potwierdziła sie ta prawda. M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Boże... Tak mi przykro- sama mam boksera i wiem jakie to cudowne psiaki..Dają tyle radości-wyrazy współczucia..

    OdpowiedzUsuń
  3. przykro mi....bardzo....aż łzy się cisną...
    trzymajcie się, dziewczyny kochane....

    OdpowiedzUsuń
  4. jak smutno mi dla was...Mam pieska boston terrier i bardzo jego kocham.Spulczuje wam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Była Wielką szczęściarą doświadczając od Was, takiej miłości...

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję za wszystko co dla Niej zrobiliście.
    Pokochała i kochana była przez Was.
    R.I.P

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla tej bokserki to były na pewno najpiękniejsze chwile. Jesteście wspaniali, suczka miała szczęście, że na Was trafiła.

    OdpowiedzUsuń
  8. bardzo mi szkoda Luny,ale ten cały reportaż" nie podoba mi się,jest pod publiczkę,za bardzo łzawy,a przez to mało wiarygodny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy mierzy swoją miarką. Życzymy aby nigdy Pani/Pan nie musieli dzielić się z ludźmi swoim cierpieniem.
      Pozdrawiamy.

      Usuń
  9. to boli, bardzo boli, a cząstka tego bólu pozostaje w nas na zawsze.Wiem.
    23.06.2015, mojego, cierpiącego na przewlekłą niewydolność nerek Brutuska, moje kochane, tak bardzo cierpiące i wystraszone bezbronne dziecko, musiałem zabrać z jego posłania i zaprowadzić na śmierć...
    ...dwadzieścia dni, po śmierci najbliższej nam Osoby, Kobiety z którą żyłem 13lat, a Brutusek był z nami ponad 6 lat, ona mówiła o nim "nasze dzieciątko" ...
    ...kto ma serce, umiera po trochu, razem z tymi których kocha...

    Od paru miesięcy, zaglądałem tutaj kibicując Lunie.
    Patrzę dziś na zdjęcie Luny i płaczę z Wami.
    Dzięki takim Psom i takim Ludziom życie czasami przestaje boleć.
    Pozdrawiam serdecznie. Dobrze że jesteście.

    OdpowiedzUsuń
  10. Współczuję...
    Każde takie odejście to wielki dramat, i niestety, nic na to poradzić nie można... Luna miała krótkie, ale cudowne życie z Wami, choć w tej chwili to pewnie marna pociecha...

    OdpowiedzUsuń
  11. Mam za sobą wiele takich chwil, niechcianych spotkań z kostuchą... pytań na które trudno odpowiedzieć, nadziei będącej we mnie do ostatniego westchnienia. I los chciał, że niedługo pożegnam kolejnego boksera, z którym dane mi było spędzić ponad trzy lata... tylko albo aż....Nikt nie rozumie bardzo specyficznej, wyjątkowej więzi, jaka istnieje między istotą dwu i czteronożną. Nikt poza człowiekiem, który nauczył się przyjaźni, oddania, miłości , bezinteresowności i wreszcie ogromnej dozy pokory od stworzenia o którym wielu "anonimowych" mawia: to tylko pies... Bardzo mi przykro, pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Początek tego tekstu rozbił mnie emocjonalnie. Oczywiście link znajdzie się w zestawieniu najlepszych blogowych tekstów w podsumowaniu mojego konkursu, ale poza wartością konkursową ma wielką siłę rażenia. Bardzo Wam za niego dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  13. teraz trafiłąm dopiero na ten blog.... boksery, cudowne psiaki.. sama jestem posiadaczką już drugiej bokserki... współczuje straty, tego zawsze boje się najbardziej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są chwile nieuniknione, niestety. Straszne i rozrywające duszę, ale i... uświadamiające siłę Miłości i moc psa.
      Ps. zapraszamy częściej. Dużo zdrówka dla Dziewczynki.

      Usuń

Twoje zdanie jest mile widziane.
Pozdrawiamy,