środa, 16 grudnia 2015

"OCALIĆ DARINGHAM HALL" - KATHRYN TAYLOR - Czyli 288 stron o tym, jak zwycięsko wyjść z walki z własną osobą.

Od 2003 roku świat nieustannie zachwyca się filmem "Love Actually" i pewnie 90% fanów tej produkcji pragnęłoby, aby była to ekranizacja książki. Niestety, nie literatura powołała do życia ten zlepek historii. Odnalazłam jednak coś, co leżało bardzo blisko tej komedii romantycznej podszytej różnorakimi dramatami - "Ocalić Daringham Hall", czyli kontynuacja wydanego nieco wcześniej dziecka Kathryn Taylor - "Powrót do Daringham Hall" (recenzja). Eksplozja uczuć, skrajnych emocji i esencja życiowych spraw sprawiają, że człowiek odnajduje siebie pomiędzy spisanymi kartami. Kilka różnych wątków opartych na Miłości, tęsknocie, lękach, bólach i osobistych demonach łączy się w całość, tworząc cholernie życiową historię, która ociera się o romanse, choroby i spiski. Elementem spójnym jest bez wątpienia walka ze sobą i o siebie. Potrzeba ocalenia pcha bohaterów do przodu. Ocalenia siebie, prywatnego świata, przyszłości, majątku, Miłości i człowieczeństwa. Ponoć z mądrej książki płynąć musi morał. Ta, dostarczy nam ich w liczbie mnogiej.

piątek, 20 listopada 2015

"ZAGINIĘCIE" - prawniczy świat Króla Słowa i Władcy Emocji czyli Remigiusza Mroza.

Dziecko - krucha istota w wielkim świecie, w którym każdy dorosły się gubi. Mały człowiek, którego szczęście i bezpieczeństwo powinno stać się priorytetem, szczególnie dla tych, którzy powołali je do życia. Dziecko... ofiara intryg, małżeńskich wojen. Karta przetargowa.
Każdym z nas wstrząsnęła nieraz historia maluszka, któremu dzieje się krzywda. Każdy przeklinał w duchu oskarżone kreatury człowieka. Wydawaliśmy wyrok kierowani mediami. Staliśmy się wielokrotnie marionetką w ręku telewizji, internetu, gazet i często tych teoretycznie najbardziej pokrzywdzonych. Sądziliśmy, bo przecież to nasze święte prawo. Domagaliśmy się zadośćuczynienia, cierpienia tyrana i skłanialiśmy się do samosądu. Przykładem może być głośna sprawa Madzi z Sosnowca. Patrzyliśmy z boku i dziękowaliśmy "Najwyższej Instancji" za to, że nie musimy zastanawiać się jak to wygląda "od kuchni", ale czy choć raz spróbowaliśmy spojrzeć oczami prawnika, który ma zająć się sprawą? Raczej nie. Bardziej wcielaliśmy się w rolę sędziego, który nie słucha przemowy, nie widzi dowodów i ma cholerną zdolność jasnowidztwa.
Dziś przed nami mamy historię zaginionej 3-latki, oskarżonych rodziców, a przede wszystkim partnerów reprezentujących prawo. Charakterną Joannę Chyłkę i głos rozsądku w postaci Zordona powołał do życia Król palestry dzierżący w dłoni pióro - Remigiusz Mróz.


niedziela, 15 listopada 2015

"A potem przyszła wiosna" czyli niezwykłe odrodzenie zwykłych ludzi. Agnieszka Olejnik - Królowa polskiej literatury.

W teorii raz się rodzimy i tyle samo razy umieramy. Jest początek i jest koniec - w obu przypadkach w liczbie pojedynczej. Teoretycznie jedyną odmianą tego stanu rzeczy jest zarysowana wizja życia wiecznego, które może być zarówno nadzieją jak i wyrokiem. Teoretycznie życie jest jedynie śmiertelną chorobą przenoszoną drogą płciową na którą drugi raz nie zachorujemy, bo to jak zajście w ciąże w czasie gdy 5 miesięczny Człowiek rośnie pod sercem. Teoretycznie. Są jednak takie momenty w życiu śmiertelnika, że główny zainteresowany rozkwita, odradza się, budzi się do życia jak natura końcem marca. Każdego z nas czekają burze i czarne czasy. Sytuacje z których trudno jest się podźwignąć. Zdrady, choroby, śmierć, wypadki - wszystko co złe może się nam przydarzyć. W zasadzie, pewne jest, że coś z palety nieszczęść kapnie na rysowany przez nas obraz życia. Los nie kieruje się rozsądkiem. Raz koszmarnymi chwilami zaśmieci życiorys psychicznego siłacza, innym razem trafi na bardziej beznadziejne podłoże. Najmłodsze "dziecko" Agnieszki Olejnik to mądry dowód na to, że niezależnie od wewnętrznej siły, stopnia dramatu i okoliczności możemy się podnieść, odbić się od dna. To przepięknie ubrany w przemyślane słowa dokument, mówiący o tym, że gdy przyjdzie nam wspominać największy koszmar naszego życia będziemy w stanie uśmiechnąć się i przytoczyć tytuł tej powieści mówiąc "A potem przyszła wiosna". To 389 stron obowiązkowej lektury w której o lepsze jutro po koszmarnym dziś i tragicznym wczoraj, walczy niejeden człowiek. To książka, która zmienia myślenie, dodaje skrzydeł w postaci wiary i nadziei.




niedziela, 1 listopada 2015

MILES - pofruńmy do gwiazd z Mileną Wiktorią Jaworską - młodą "zdolną bestią".

"Wiele jest na świecie niedorzecznych szczegółów i my też nimi jesteśmy"... dlatego też przez cały proces naszej egzystencji towarzyszy nam ciążąca myśl o tym, że nie pasujemy do tego świata, że jesteśmy z innej planety. Nie umiemy się dostosować. Zresztą, zwykle nie chcemy tego, bo oznaczałoby to ubranie się w obłudę, założenie niepasującej maski hipokryzji i wyzbycie się swoich przekonań zrodzonych głęboko w nas. Nie ma chyba na świecie istoty, która nie czułaby się czasem osamotniona w tłumie. Pytanie tylko ilu z nas potrafi wtedy zobaczyć w sobie "edycję limitowaną", a ilu wciąż będzie biadolić, że nie jest owocem akcji "kopiuj - wklej"... Ja zdecydowanie jestem typem z kategorii "jestem inna i cieszy mnie to". Od najmłodszych lat budowałam w sobie duże poczucie odrębności, które wyrażałam bardzo jasno - począwszy od swojego zdania a skończywszy na mocnym makijażu i asymetrycznej fryzurze w której łączy się długość jednego milimetra z blisko 90 centymetrami. Niezależnie od tego, czy poruszamy kwestię inności wizualnej czy psychicznej to za każdym razem zderzałam się z wysoką ścianą kopii powielającej w każdym calu ten sam schemat. Cieszyło mnie to i z dumą pokazywałam Mamie siniaki, które powstały przy kontakcie z obozem identycznych. Tak było gdy miałam lat 5, 15, 20 i tak jest teraz dlatego też przyciągnęła mnie postać innej niż wszyscy Millie wykreowanej przez niezwykle zdolną, młodą Artystkę - Milena Wiktoria Jaworska , która wydała na świat swoje pierworodne dziecko w postaci I tomu powieści "MILES" w wieku (uwaga!) 16 lat. Jeśli chcecie odnaleźć cząstkę siebie w świecie młodej i zdolnej - zapraszam!


środa, 21 października 2015

Lukrecja Borgia - nimfomanka i modliszka czy anielica z gołębim sercem? czyli "Córka Papieża" (Dario Fo) Vs seriale.

Świat kleru i uduchowionych rodzin powstałych zdecydowanie nie z niepokalanego poczęcia można zamknąć w jednym, niezwykle wymownym słowie - paradoks. O tym, że "ksiądz jest jedynym człowiekiem do którego tylko jego własne dzieci mówią wujku, kiedy każdy zwraca się do niego ojcze" wiemy od zawsze, a w 1480 roku zrodził nam się tego żywy dowód w postaci słodkiej, niewinnej jeszcze wtedy Lukrecji. Wiadomym jest też, że za grzechy rodziców płacą zawsze dzieci i nie mam tu na myśli grzechu nieczystości, od którego ma ponoć uchronić nas skropienie wodą, która ma w sobie więcej zarazków niż świętości. Rodzi się maleństwo ufne i czyste od jakiejkolwiek obłudy i już od samego początku nieświadomie daje się wplątać w sieć kłamstw, którą z niezwykłą precyzją tworzą ci, którzy mieli owoc swej miłości (może za daleko poszłam... owoc swego pożądania) kochać bezgranicznie i chronić przed złem tego świata. I nie dość, że kreują swoje potomstwo na marionetki, którymi dowolnie mogą sterować, to w czasie kiedy dziecko jest plastyczną masą podatną na psychiczno-psychologincze modyfikacje zostawiają na nich ślady swoich brudnych łap. Ślady, których trudno będzie się pozbyć przez całe dorosłe życie. Dziecko staje się naznaczone. Praktycznie z każdym dniem przyklejonych łatek przybywa. O tym ile oszczerstw jest w tych życiowych naklejkach przekonujemy się, kiedy bliżej poznajemy córkę papieża. Kim więc jest obdarta z pseudo dekoracji Lukrecja Borgia?


poniedziałek, 5 października 2015

"Powrót do Daringham Hall" - cierpienie, niepewność, bogactwo, miłość, erotyzm, pies bez łapy i problem oczami Kathryn Taylor + cottonovelove = błoga jesień...

"Jeśli ktoś staje się dla nas ważny, jeśli dopuszczamy go zbyt blisko, jesteśmy bezbronni wobec bólu, jaki może nam zadać.". Wynika z tego, że zakochując się stajemy się masochistami. Jeśli jednak wybudujemy dookoła siebie mur znieczulicy, odgrodzimy się od uczuć i od potencjalnych obiektów westchnień to czy i to nie będzie sadyzmem skierowanym do własnej osoby? Tak źle i tak niedobrze. Zresztą, nawet najsolidniejsze ogrodzenia, poprawiane regularnie można łatwo staranować. Stoimy wtedy nadzy. Całkowicie bezbronni. I choćbyśmy podejmowali próby ucieczki, to przed miłością się nie schronimy. Pokochamy i tym samym narazimy się na pewną zgubę, a zarazem na pewne szczęście, bo miłość synonimem jest i cierpienia i radości. Tyczy się to miłości (do i od) człowieka i zwierzęcia. I możemy okłamywać samych siebie, że emocje umiemy na bok położyć. Możemy planować. Budować w głowach scenariusze, które nie uwzględniają uczuć, ale życie wszystko to zweryfikuje. Możemy żonglować potrzebą zemsty, ukarania kogoś, zadośćuczynienia i będzie się nam to udawało do momentu, aż w nasze ręce wpadnie dodatkowa piłeczka zwana miłością. O tym właśnie napisała Kathryn Taylor w powieści "Powrót do Daringham Hall". Jest tu żądza, jest cierpienie, jest niepewność, jest bogactwo, jest erotyzm, jest pies bez łapy i jest problem. Reasumując, jest życie, nad którym my - ludzie nie do końca mamy kontrolę.


poniedziałek, 28 września 2015

"LEWA STRONA ŻYCIA" - UZDRAWIAJĄCA MYŚLENIE POWIEŚĆ LISY GENOVY O CHOROBIE XXI (KASA, POZYCJA) I URAZIE MÓZGU (ZESPÓŁ NIEUWAGI STRONNEJ) .

"Wydaje mi się, że jakaś mała cząstka mnie wiedziała, że w moim życiu brakuje rozwagi. Od czasu do czasu szeptała - 'Sarah, zwolnij proszę. Tak się nie da. Nie możesz tego wszystkiego ciągnąć'. Ale reszta mnie, ta silna, bystra i nastawiona na sukces, sukces, sukces - zupełnie tego nie słuchała."Dziś większość ludzi poziom szczęścia, zadowolenia i satysfakcji wyznacza w tym co tak namacalne. Panuje wokół choroba społeczeństwa, której głównym objawem są klapki na oczach. Przed zarażonym stoi jasny cel. Duży, świecący, błyszczący. To kasa. Za pieniądzem stoi sukces i uznanie. Szacunek tłumu. Bycie panią z korporacji jest o wiele bardziej prestiżowe niż bycie matką. Bycie bizneswomen jest po stokroć lepsze od bycia żoną i nie daj Boże 'panią domu'. Wciskanie się w niewygodny, tłamszący kobiecość uniform jest obowiązkowe. Takie panie nie chodzą w domu w dresach, bo... i rzadko w tych domach bywają. Gdy już odwiedzą swój 'prywatny hotel' nie zdążą się wybrudzić i zniszczyć swojej wylinki bo nie będą sobie zawracać głowy malowaniem z dziećmi farbami. Chociaż nie, one zwyczajnie nie mogą tym myśli zaprzątać bo po ich powrocie dzieci dawno śpią. Po bokach klapek jest ten gorszy dla nich świat. Jakieś tam liche, małe radości. Są dzieci, bo cholera, wypada je mieć lub następuje 'wypadek przy pracy'. Jest mąż, bo tak łatwiej kredyt zaciągnąć i jest z kim pójść na bankiet. Nie ma ciepła, zabawy, uśmiechów, zapachu ciasta. Nie ma szczęścia. Jest wyimaginowana satysfakcja. Pogoń. Brak czasu na życie. Znak "STOP" jest dla nich niewidoczny. Zatrzymają się dopiero wtedy gdy kolosalnych wielkości tragedia spadnie nie im pod nogi (bo nauczyły się mijać przeszkody) a na nie. Przygniecie je, zatrzyma. Ile szczęścia zostaje gdy spadną klapki? Ile normalności można odzyskać gdy przygniecie nas okropna choroba? Ile świata będziemy widzieć gdy nasz mózg przestanie zauważać lewą stronę? Wszystko to z aspektu ludzkiego jak i medycznego opisała LISA GENOVA w prozie obyczajowej "Lewa strona życia". Ja jeszcze nie wyszłam z zachwytu. Mój mózg teraz widzi tylko tę książkę... Dlaczego?


wtorek, 22 września 2015

"DZIEWCZYNA Z PORCELANY" - pozytywna choroba jesieni, którą zaraża Agnieszka Olejnik.

Jesienno-zimowa choroba rozprzestrzenia się bardzo szybko. Nie słychać jednak kaszlu i pociągania nosa, a przewracanie kartek. Mówi się, że to dołujący moment w roku, co by się zgadzało, bo westchnięcia również słychać, ale cholera nie do końca, bo nagle cichy pokój wypełnia się śmiechem. Żartu nie było, a chichot jest. Poprzedzony odgłosem szeleszczenia stron. Książkowa choroba jest bardzo zaraźliwa. Jeśli człowiek chce się ustrzec przed nią (tylko pytanie po co? Toż to idiotą trzeba być) to zdecydowanie powinien się trzymać z dala od Pani Agnieszki Olejnik. Ta kobieta na świat wydała chyba najbardziej zjadliwego wirusa 2015 roku... "Dziewczyna z porcelany" to właśnie on. Nie jakieś tam H5N1 czy inne herpes simplex virusy. Ja jestem zarażona. Może i jestem masochistką, ale cieszą mnie powikłania tej choroby. To co wirus wywołał w moim organizmie z całą pewnością nie przypomina powiększonej śledziony po mononukleozie czy znaków po rozdrapanej ospie. Po jednej nocy z "Dziewczyną z porcelany" (nad czym ubolewam, bo wolałabym mieć ją dłużej ale... czas przy niej zbyt szybko leci. Wróć. Ona po prostu zbyt szybko "ucieka") czuję się jakaś lepsza, szczęśliwsza i mądrzejsza (o! Jest się więc z czego cieszyć). :) Kim są więc dwie niesamowite kobiety, które spowodowały u mnie pozytywne spustoszenie? (napisałabym 'kim są trzy niesamowite kobiety' ale przecież o sobie już pisać nie muszę :) ). Jedna, całkiem realna i namacalna - autorka książki. Druga, rudowłosa, porcelanowa Joanna - bohaterka.



piątek, 11 września 2015

"SZCZĘŚCIE DO POPRAWKI" czyli dowody Arlety Tylewicz na to, że warto walczyć.

"Szczęście" - pojęcie względne. Każdorazowo oznacza stan w którym człowieka wypełnia pozytywna energia ciągnąca kąciki jego ust ku górze. Każdorazowo oznacza emanowanie radością na tyle, że trzeba jej nadmiar wypuszczać na świat z każdym, spokojniejszym niż zwykle wydechem. Każdorazowo oznacza iskierki w oczach i kalejdoskop pięknych myśli. Każdorazowo zapisuje w naszych głowach wspomnienia i otwiera nam nowe drogi dodając nam skrzydeł. Każdorazowo wyrażać je może coś zupełnie innego. "Szczęście" - słowo kameleon. Ukrywa się w nim dosłownie wszystko co dobre. Piękny moment z życia, pies tarzający się na plecach, dwie kreski na ciążowym teście, nowa para butów, nowa gałązka na własnoręcznie zasadzonej choineczce, oświadczyny, placek bez zakalca, godzina dłużej w łóżku, zabawna komedia romantyczna czy biały, zimowy puszek - to wszystko, to właśnie szczęście. Czasem trudno je dostrzec, zdarza się, że niełatwo je dogonić ale, zdecydowanie prostą rzeczą jest je stracić. Choć.. czasem warto wypuścić je z rąk. Warto się przekonać, że je wyolbrzymialiśmy. Warto dostrzec i pozbierać okruszki zdrowego, prawdziwego szczęścia i powolutku składać je w coś większego. Bo czasem okazuje się, że "szczęście do poprawki" jest. I o tym właśnie miałam przyjemność przeczytać.

sobota, 27 czerwca 2015

PRZYJACIELU... JA TU POCZEKAM! (Wakacje z psem i... bez psa).


Wakacyjne pobocza zawsze wyglądają tak samo... roi się. Roi się od Pań sprzedających truskawki. Zawsze wtedy pytamy "to już?" i mówimy "może by tak się zatrzymać i kupić koszyk?". Roi się od Pań sprzedających inne owoce... bardziej... osobiste - od pań kuszących swoimi wdziękami. Zawsze wtedy zwalniamy i komentujemy ich białe kozaczki na szpilce wbijającej się w ziemię i kabaretki, które określamy zwykle "burdelówkami". Roi się od młodych ziomków z tabliczką i wielkim plecakiem, który zaraz go przeważy. Mówimy wtedy "ciekawe, który jeleń się zatrzyma i go weźmie" albo "no... to sobie chłopaku postoisz"... Nic nas nie dziwi zbytnio ale jakieś emocje to wzbudza. Jesteśmy ludźmi szukającymi sensacji i pragnącymi konsumpcji, więc jakby mogło być inaczej. Jest jednak obraz, jeszcze bardziej oczywisty i związany z wakacjami niż te wszystkie panie i panowie razem wzięci... Pies na poboczu. Całkiem sam... bez żadnej tabliczki, bez plecaka, bez atrybutów pobudzających wyobraźnię. Pies, który bez tych wszystkich dodatków jest jeszcze bardziej wymownym punktem krajobrazu. Pies... obok którego większość z nas przejedzie bez słowa, bez komentarza, bez myśli nawet. Bo to tylko pies... A on sam się tu nie znalazł. I o ile każda z tych wyżej opisanych pań podjęła decyzję by sterczeć na poboczu, tak on wcale być tu nie chciał. I o ile każda z tych kobiet wie, że wróci dziś do ciepłego domu, o tyle on... nie wie nic. Ma tylko nadzieję.
Prosty obraz. Dwie identyczne rodziny - 2+2+pies. Tradycja, klasyka, jak zwał tak zwał. Dwie identyczne na pozór sytuacje - koniec roku szkolnego, upał, urlop, plany, bagaże, wyjazd... wakacje jednym słowem. Minimalne szczegóły zmieniają wszystko. W obu przypadkach dzieci to plastyczne masy chłonące wszystko jak gąbka. Malutcy przyszli przedstawiciele społeczeństwa kształtowani przez mamę i tatę - w końcu rodzice to wzór... Małe kopie rodzicieli.

piątek, 22 maja 2015

ŚMIERĆ... WEJDŹ, ROZGOŚĆ SIĘ. ZAPRASZAM...

Stała pod drzwiami od początku. Wiedziałyśmy o tym od dawna. W sumie zaakceptowałyśmy jej obecność ale z całych sił oddzielałyśmy się od niej zastawiając drzwi. Siedziałyśmy pod nimi i zatykałyśmy uszy by nie słyszeć jak drapie, jak wbija te swoje pazerne pazury i domaga się tego, czego i my pragnęłyśmy. Łzy płynęły, szczególnie wtedy gdy czułyśmy, że powoli zaczyna brakować sił a nasze barykady puszczają. Chciałyśmy przeżyć choć rok. Jeden rok. Czy to tak wiele? Marzyłyśmy, że uda się odgrodzić od niej na dłużej... Zagłuszałyśmy ją głośnym śmiechem wywołanym każdą pierdołą. Chciałyśmy pokonać ją miłością, nadzieją i wiarą. Nie w Boga, bo Jego starałyśmy się do tego nie mieszać a w sprawiedliwość! Tak, tu chodziło o sprawiedliwość i jej brak, bo jak to możliwe by śmierć pragnęła dziecka i do niego miała prawa. Niewinnego, słodkiego dziecka, które powinno cieszyć się życiem... Obserwowałyśmy tą, którą sobie upatrzyła. Walczyłyśmy o nią, choć wciąż słyszałyśmy wołanie śmierci. Wiedziałyśmy, że nadejdzie dzień w którym naszej Malutkiej lepiej będzie w ramionach tej za drzwiami. Ani na moment nie ucichła ta świadomość. Dziś z krwawiącymi sercami (21.05.2015) otworzyłyśmy te cholerne drzwi, zaprosiłyśmy śmierć... Znów. Tym razem jednak odebrała nam znacznie więcej.


sobota, 25 kwietnia 2015

KOCHAJ MNIE MĄDRZE I POMÓŻ MI... UMRZEĆ!

"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest... (...)", ale czy jest mądra? Czy nie jest czasem tak, że gdy oddamy komuś serce to stajemy się ślepymi egoistami wsłuchanymi jedynie we własne potrzeby? Czy nie jest tak, że spadają nam klapki na oczy, które ograniczają nasze pole widzenia jedynie w obrębie osobistego szczęścia? Czy nie jest tak, że nasze założenia i moralne prawa przypominają chorągiewkę tańczącą na wietrze i zupełnie inaczej wyglądają, gdy sprawa dotyczy nas a inaczej gdy chodzi o tą kochaną przez nas istotę? Czy tak samo patrzymy chociażby na eutanazję czy dzielimy nasze podejście do sprawy na zasadzie "jeśli to ja miałabym cierpieć i być zależna od kogoś to chciałabym móc godnie umrzeć, ale jeśli chodzi o moich bliskich to jestem przeciwnikiem ostatniego zastrzyku". Czym jest ten zastrzyk? Dowodem najszczerszej miłości czy morderstwem?


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

I NIE ODDAM CIĘ NAWET ŚMIERCI, SŁYSZYSZ?!

Tęsknota budzi się do życia gdy stukające o podłogę pazurki słychać jedynie w głowie a mokre fafle zostawiają plamy na czystych spodniach tylko we wspomnieniach. Niemy krzyk smutku, bezsilności i osobistego bólu jest przeraźliwie głośny, choć jego skalę są w stanie ogarnąć tylko Ci, którzy słyszeli ten wrzask w sobie. Każdy z nas wie, że i w nim obudzi się ta tęsknota. To ile razy powołamy ją do życia zależne jest od tego, ile wspaniałych istot wpuścimy do naszego życia. Nie można się przed tym uchronić, nie można otoczyć się kokonem gruboskórnej znieczulicy, która zabije to uczucie w zalążku. Zawsze, gdy pokochamy zwierze bezgranicznie to jego odejście obudzi tą cholerę, która drzemie w każdym z nas. Gdy jednak nie pozwolimy samym sobie pokochać psa czy kota (świadomie, i będziemy zaprzeczać i zapierać się nogami i rękami) to ona i tak się obudzi. Nieco inaczej, ale to wciąż ona, bo i wtedy tęsknić będziemy. Tęsknić za tym czego nie mamy. Za tym, czego tak bardzo brakuje... Za tym co uzupełniłoby nasze życie i zmieniłoby nas samych na lepszych i szczęśliwszych.

środa, 4 lutego 2015

BOKSER TEŻ CZŁOWIEK - czyli przetestowane suche karmy na alergikach.

Alergie, nietolerancje pokarmowe... wszyscy to znamy. Na świecie nie ma chyba osoby, której nic nie szkodzi. Nie ma raczej szczęściarza, który może bez wyrzutów sięgnąć po wszystko i nie zapewnić sobie różnego rodzaju dolegliwości od strony układu pokarmowego czy od strony problemów skórnych. Swędzące liszaje, rany w jelitach, wyłysienia, krosteczki, obolały, "posiniaczony" żołądek, biegunki, wymioty itd, itp... można tak wymieniać bez końca. I ok, jeśli chodzi o człowieka, który może powiedzieć "dzieje mi się to i tamto...", ponarzekać, poużalać się nad sobą i zrobić szybki rachunek sumienia, który ma pomóc wykluczyć z diety "zakazany owoc" (choćby nie wiem jak był pociągający). Ale co, jeśli szanowna panna alergia położy łapę na psie? Na delikatnym stworzonku, który nie zakomunikuje jakie ma dokładnie problemy (chyba, że człowiek sam zauważy - a musiałby być ślepy, żeby nie zwrócić na to uwagi). Co jeśli chodzi o bezbronne zwierze, które my ludzie karmimy? My podajemy mu jedzonko, które na celu ma pomóc, nakarmić, zbudować solidny fundament dla całokształtu, ma odżywić, ma dodać wartości, energii i zdrówka!


środa, 14 stycznia 2015

PRZEPIS NA ŻYCIE. ROCZNICA ODRODZENIA MIŁOŚCI.

Zima za oknem a nam jakoś tak gorąco od wspomnień, rocznic i buzujących emocji. Styczniowe kartki pooznaczane są wyimaginowanymi serduszkami. Data 11 styczeń nie jest zakreślona, ale jest wyryta. Trwały znak widnieje na niej od równiutko 5 lat. Bo to w roku 2010 narodziła się miłość, nadzieja, wiara. W zasadzie odrodziły się te uczucia, które ktoś tam na górze próbował pogrzebać w 2006 roku. Odrodziły się silniej, dojrzalej. Jak feniks z popiołów wyjawiło się to, co zamknęliśmy pod skorupą te lata temu. Urodziła się Ona.


środa, 7 stycznia 2015

WALUTA ZA MIŁOŚĆ. PRZEPIS NA... SZCZĘŚCIE.

3 lata. Równiutko. 7 styczeń 2012. Dzień jak co dzień. Nie odznaczający się niczym szczególnym. Zimny, mroźny wręcz. Temperatura na termometrze spadła poniżej zera, ale to i tak jest nic w porównaniu do tego, jaki chłód kryje się w ludzkich sercach. Założymy rękawiczki, czapki, szaliki… napalimy w kominku i chwycimy kubek gorącej herbaty i zima nam nie straszna, choć i tak pomarudzimy. Nie sprawimy jednak, że serca niektórych stopnieją i tu człowiek milczy… nie narzeka… nie odzywa się słowem. Na to nie ma lekarstwa. Ci, którzy mają jeszcze lekkie pokłady człowieczeństwa przemilczą temat licząc, że jak o czymś nie powiedzą, to problem zniknie.

7 stycznia 3 lata wstecz. Gdzieś ktoś płacze, gdzieś ktoś się śmieje, gdzieś ktoś zaciera rączki nie z zimna a jako reakcja na wywęszenie zysku. Zysku ze sprzedaży… małej, żywej istotki...