poniedziałek, 22 września 2014

PRZEDSZKOLAK MARZĄCY O ZMARSZCZKACH I LECZNICZA MOC BOKSERA.

Jak bardzo nieszczęśliwe może być kochane dziecko?! Jakie powody do smutku rodzą się w malutkiej, nieskażonej jeszcze brudem świata główce?! O czym marzy przedszkolak (albo dziecko w zerówce), który ma pełną rodzinę, dom, miłość, smaczne jedzonko, najwspanialszą mamę na świecie i masę zabawek?! Nie wiem. Wiem o czym marzyłam ja. Marzyłam o kimś do kochania i do zabawy. O przyjacielu innym niż wszyscy! Zamarzyłam więc o... zmarszczkach. O zmarszczkach z 4 łapkami i ogonem. Zamarzyłam… o bokserze.



Poranków nie znosiłam, choć z perspektywy czasu uważam je za magiczne i bardzo przyjemne. Pobudka była koszmarem. Walczyłam o każdą minutę w krainie pięknych snów. A o czym śniłam? Długo o rodzeństwie. To było moje marzenie. Gdy rodzice pytali, czego bym chciała, odpowiadałam ze stanowczością i powagą, marszcząc czoło, że… braciszka. Braciszka mieć nie mogłam. Mama wylewała łzy i zaciskała pięści, bo wypowiadałam na głos także jej ciche marzenie. Marzenie niemożliwe w tamtych czasach do zrealizowania (ach, to zdrowie… ach, ta medycyna). Ja też płakałam. Zazdrościłam innym dzieciom. Czułam się gorsza, zła, niedobra i niegrzeczna – „nie zasługuję na to by mieć braciszka?” kołatało się w małej głowie z milionem spinek. Prawda była inna. Otóż walka o danie mi wymarzonego brata toczyła się na wielu płaszczyznach. Lata wizyt u lekarzy, pobytów w szpitalach, naszej (matki i córki) rozłąki, smutne odwiedziny w oddalonej klinice, wynagradzane najpyszniejszymi kremówkami pod słońcem (cud i wielkie szczęście, że wtedy mogłyśmy je jeść)!

Moja mama już wtedy znała mnie dobrze. Wiedziała, że na nasz ból, spowodowany brakiem kolejnego członka naszej rodziny, jest tylko jeden lek. Lek na całe zło. Gdy nic mi nie mówiąc pojechała „wykupić lekarstwo”, byłam u Babci. U najbliższej mi wtedy osoby. Pamiętam, że nie lubiłam wychodzić z jej ramion ani na chwilę i kochałam wskakiwać do Jej łóżka na „ciepłe nogi”. Tego dnia też leżałam w jej pachnącym pięknie uścisku i oglądałyśmy telenowele popijając bawarkę. Coś jednak spowodowało, że opuściłam swoje bezpieczne gniazdko. Coś sprawiło, że serce waliło mi szybciej a malutki brzuszek zaczynał dziwnie boleć. Akcja – reakcja. Usłyszałam cichuteńki stukot na panelach ułożonych w przedpokoju. Nieświadoma tego co/kto/dlaczego stuka, pobiegłam w stronę odgłosów, krzycząc „Saba, mamusiu… SABA!!”.

Jak się okazało, z objęć Babci wyrwała mnie maleńka, złoto-brązowa kuleczka z białą strzałką na mordce i noskiem w połowie różowym, a w połowie czarnym. Małe cudo 10-tygodniowe, które wszyscy ochrzcili tym samym, dumnym imieniem – Saba.
Nie spodziewałam się, nie miałam pojęcia, a jednak to imię wykrzykiwałam pokonując dzielący nas dystans. Zakochałam się. Płakałyśmy chyba wszystkie. Nie pamiętam. Tu mam czarną dziurę. Czarną dziurę, bo miałam… PSA. Boksera. Miałam wymarzone zmarszczki. Jej mądre czoło układało się przepięknie na tych kochających oczkach. Maleńki ogonek merdał rozkosznie. Saba… patrzyła na mnie jakby czytała mi w myślach. „Ty będziesz moją najlepszą przyjaciółką” wyszeptałam. Mama znów płakała… tym razem z radości. I gdzieś we mnie pojawił się strach. Paniczny, paraliżujący smutek… bo co, jeśli ja ją stracę? Jeśli ktoś mi ją odbierze…?

Wracałyśmy do domu. Nie dwie jak zawsze, a trzy. Letnią porą dreptałyśmy ulicą, w chłodny dzień. Stojąc na zatłoczonym przejściu, mama poprawiała długi, rozpinany sweter. Poprawiała go, bo pod nim schroniła naszą nową istotkę. Tuliła ją do serca a drugą ręką mocno ściskała mi dłoń. Milczałyśmy wymieniają uśmiechy. Ocierałyśmy łzy. Tylko raz zapytałam:
- „na zawsze, prawda Mamusiu?”
– „Do końca świata…”.
Weszłyśmy do mieszkania. „Witaj w domu Sabciu”… witaj w rodzinie.
Ona rosła, rosła nasza miłość do niej. Poranki były łatwiejsze. Sny można było przerywać, bo przecież miałam najlepszego przyjaciela z krwi i kości tuż obok. Małe stópki trzymałam na niej jedząc płatki z ukochanej miseczki z krasnoludkiem. Ten moment to czas zaleczenia bólu. Mniej było łez smutku, więcej tych z radości… Było dziecko w domu. Psie dziecko.

Chwilę później, gdy Saba była już większa siedziałam z nią na dywanie bawiąc się najlepiej na świecie. Pamiętam spokój i szczęście. Bezpieczeństwo. Rodzice byli gdzieś z tyłu. Szczęśliwi. Wtuleni…
- „Czy ja… czy ja będę miała braciszka?” zapytałam tuląc wymarzone, żywe zmarszczki, żywej przyjaciółki.
- „Tak, będziesz miała rodzeństwo. Mam w brzuszku malutkiego dzidziusia”… - poprzerywane wybuchami płaczu padło zaklęcie.

Lek na całe zło zadział. Stał się cud. Lekarze nie wierzyli. Chyba nikt nie wierzył. A Saba… taki bokser, powinien być na receptę. Uzdrowił stosunki, wyleczył kobietę pragnącą dziecka, ukoił ból przedszkolaka… Niemożliwe myślisz? Przytul się do boksera… Nadal nie rozumiesz? Zastanów się nad sobą…




A.

Jeśli chcesz poczytać więcej historii o bokserach, miłości do nich, ich miejscu w rodzinie i ich kreatywnych pomysłach - polub nas na facebooku i bądź na bieżąco! :) 

A już teraz o bokserach możesz poczytać tutaj (kliknij w zdjęcie):

Historia naszej skrzywdzonej Missi
Historia boksera w domu i życie Fundacji


/ A już niedługo na naszym blogu... wykluczenie boksera z rodziny z punku widzenia dziecka i niewiedza lekarzy kontra życie z bokserem. - to będzie bardzo ważny post dla rozważających oddanie boksera i jeszcze ważniejszy dla alergików, astmatyków mających psa. Mamy nadzieję, że poczytacie i powiecie co myślicie/ :) 

9 komentarzy:

  1. Poryczałam się! Pako jest u nas miesiąc, a ja przez miesiąc nie byłam ani razu smutna. A mam powody...oj, mam. Ale to temat na inną opowieść. Dziękuję - za ciepło i za boksia. Jesteście świetne dziewczyny! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiamy trafiać na ludzi, którzy myślą i czują jak my! :) Pozdrawiamy bardzo serdecznie! I przesyłamy wielkie całusy dla Pakusia - niech wyzwala same uśmiechy! :)

      Usuń
  2. Pies / nowy członek rodziny jest lekarstwem na wszystko :-)
    Ciepło się robi w sercu czytając o Waszej wzajemnej miłości, zrozumieniu, radości ...
    Pozdrowionka serdeczne od moich czworonożnych dziewczyn M & A

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy!! My z chęcią będziemy te serca ocieplać :) Mamy dużo do opowiedzenia, oj bardzo dużo! :)
      Pozdrawiamy i ściskamy Dziewczynki!

      Usuń
  3. Piękna historia! Jak z bajki :). Jak widać leków na całe zło może być wiele i wcale nie muszą być z apteki, ale w każdym kryje się jedno: miłość! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda! :) Tylko to uczucie - niezależnie od tego od kogo ono płynie - ma taką moc! Za pieniądze nie kupimy ani szczęścia, ani zdrowia, ani spełnienia. :)
      Dobrze, że znamy tą życiową prawdę! :)

      Usuń
  4. Też całe życie marzyłam o rodzeństwie z resztą tak sobie czasem myślę, że fajnie byłoby się dowiedzieć, że gdzieś ono jest :)
    Mama wychowywała mnie sama z dziadkami, bo tatuś wybrał inną drogę. Ale po urodzeniu mnie wiedziała juz, że bede jedynaczką. Mało odporna na ból chyba heh.
    Miedzy innymi dlatego zdecydowałam sie na drugie dziecko, do samego poczatku mojego rozumowania macierzyństwa, wiedziałam, że będe chciała miec min. dwoje dzieci. Jestem szczęściarą, bo mi sie udało.
    Przykra historia Twoich rodziców.
    Piękny pomysł miała Twoja mama na wypełnienie tej pustki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas jest spora różnica wieku pomiędzy mną, a moim bratem (7 lat i 7 miesięcy), ale dogadujemy się wspaniale i cieszymy się, że siebie mamy! :) Jestem cholernie wdzięczna mojej mamie za jej upór, choć owocował on bardzo długimi rozłąkami - jej pobyty w szpitalach, operacje itd. Udało się - to najważniejsze! :) (a więcej o tym kiedy indziej)

      Ale coś w tym jest, że w jedynakach (bo jakby nie było też nim długo byłam), które chcą rodzeństwa, zakorzenia się coś, co budzi potrzebę posiadania dzieci (w liczbie mnogiej :) ) - ja też chciałabym mieć (co najmniej) dwoje! :)

      Ps. Dziękuję za uchylenie drzwi do Twojego świata! Ucałuj swoje Skarby! :)

      Usuń
  5. Jakże cieplutko mi na serduchu . Alicja

    OdpowiedzUsuń

Twoje zdanie jest mile widziane.
Pozdrawiamy,